Kotołak – moje warsztaty terapii zajęciowej


Ostatnio czuję się gorzej. Jest to związane z masą rzeczy – sprawa sądowa z ZUS, komisja ds. orzekania o niepełnosprawności, relacja romantyczna nie idąca do przodu, brak perspektyw na pracę, mniej intensywne życie towarzyskie (które zawsze trzyma mnie w ryzach). No jest gorzej. Mam prawo siedzieć i płakać. Wydarzyło się jeszcze coś, co wrzuciło mnie w otchłań czarnej rozpaczy.


Zdarza mi się koncertować. Nie jako Kotołak i nie z metalowym repertuarem, ale występuję. W ramach nauki śpiewu jestem zobligowana do paru występów, część z nich jest otwarta. Ostatni mój występ był koncertem kameralnym i określiłam go jako koncert z piekła rodem. Występu nie spieprzyłam, ale do dzisiejszego dnia (czytaj 5-ty dzień) trzymają mnie po nim emocje.

Nie uważam aby dzielenie się samą sytuacją było konieczne, czy stosowne. Niech to zostanie między tymi, co wiedzą o co chodzi. Dla niewtajemniczonych – zawiązane jest to z moimi obawami związanymi z narzucaniem mi pewnej wizji artystycznej mnie, która mi nie służy. Mi i Kotołakowi. Uważam, że gdyby bardziej uszanować moje cele, osiągnęłabym teraz technicznie więcej. Więcej i co dla mnie jest najważniejsze – BARDZIEJ UŻYTECZNIE. Niedługo chcę znowu „wejść do studia” i mam obawy, których po tym czasie nauki nie powinnam mieć. Chciałabym iść na jamm session i… kurwa mać. Nie mam z czym.

Wszyscy próbujący mnie „otworzyć na muzykę” mają zazwyczaj dobre intencje… albo po prostu chcą abym wyleczyła się z bycia „heavy metalowym bucem”.

Powiedzmy sobie szczerze…

Zdaję sobie sprawę, że są rzeczy technicznie podstawowe. Tyczy się to nie tylko śpiewu… każdego instrumentu. Wiem, że zaczynając nie mogę od razu tańczyć z ogniem jak Dickinson, LaBrie, Dio itd. Tylko uważam, że powinnam nad tymi umiejętnościami pracować jak najwcześniej. Pierwsze przy poprawie emisji, powinnam mieć na warsztat położoną kontrolę dynamiki oraz świadome uzyskiwanie odpowiedniego brzmienia. Oraz powinnam mieć utwory gdzie to mogę wykorzystać. Nic nie uczy tak jak scena, nawet jeżeli występujesz przed tymi samymi paroma osobami (i między innymi dlatego uważam, że bardzo potrzebny mi jest jamm).

Dodajmy sobie jeszcze jedną rzecz. Heavy metal wbrew pozorom nie jest muzyką durną i łatwą. Zauważmy, że cały gatunek dzieli się na masę podgatunków o kompletnie różnych brzmieniach i poziomach złożoności. Ja zajmuję się metalem progresywnym – jednym z najbardziej złożonych muzycznie gatunków nie tylko metalu. Jedną z wielu cech jaką można przypisać progowi to przemycanie rzeczy nie-metalowych do metalu i staranie się aby mimo wszystko brzmiało to jak metal. Trzeba się przy tym napocić. Aby być dobrym progowcem musisz znać solidnie teorię muzyki i nie zatrzymywać się na podstawach. Do tego musisz wyjść z metalu. Ja oprócz metalu lubię jazz, blues oraz muzykę folkową (nie mylić z folko – polo). Kiedy nie jestem w nastroju na metal słucham jednego z tych gatunków. Mam opanowane podstawy gitary jazzowej (nota bene moja przygoda z gitarą zaczęła się właśnie od grania jazzu), o czym mało kto wie. Więc tak – muszę rozszerzać swoją wiedzę o muzyce non – stop. I muszę uczyć się o innych gatunkach aby progować ciekawie.

ALE… metal progresywny nadal pozostaje HEAVY METALEM. To jest ten sam trzon i tu powinnam skupiać swoją uwagę. Przede wszystkim muszę osiągnąć wokal dający mi wykonywać METAL. A jak zechcę się „ubogacić” i odkrywać siebie w innym (chociażby spokojniejszym) świetle, to chcę to zrobić wtedy kiedy moje umiejętności techniczne spełnią moje oczekiwania. I to też chcę się ubogacić w stronę, którą ja chcę. Podoba mi się śpiew biały. Umiejętność kompletnie mi niepotrzebna, ale kiedyś się tego podejmę. Podobnie z śpiewaniem alikwotowym, czy śpiewem po ćwierćtonach (jak to ma miejsce w muzyce z Bliskiego Wschodu). To ostatnie jest całkowicie poza moim zasięgiem, a śpiew biały sobie poczeka.

Jestem już na tyle dojrzała muzycznie, że nie trzeba wskazywać mi drogi… wiem czego chcę.

Jakiekolwiek odwodzenie mnie od celu jest szkodliwe. Bo muszę przypomnieć czemu zajęłam się muzyką.


Było to uporanie się z własną psychiką. Dziś też muzyka służy mi jako warsztaty terapii zajęciowej. Jest to środek przetwarzania i uwalniania emocji. Jest to moja tarcza przeciwko depresji. Opoka przeciwko brutalnemu życiu.


Do niewielu osób dociera ten fakt, że…

… dzięki Kotołakowi ja nadal żyję.

I jakiekolwiek przeszkadzanie i wtrącanie się w moje cele muzyczne zwiększa szansę, że przy kolejnym wstrząsie życiowym popełnię samobójstwo.

A życie szykuje mi kolejną dawkę wrażeń – w przeciągu miesiąca wyklaruje się sprawa sądowa o rentę oraz orzeczenie o niepełnosprawności – dwa potencjalne punkty zapalne. Jest chłopak, gdzie pomimo obupulności uczuć relacja stoi w miejscu i nic nie rusza do przodu. Bo w tym jest ambaras aby obydwoje chciało zmierzyć się ze swoim lękiem i ustalonym porządkiem singielskiego życia. Nie chcę umierać po raz kolejny z powodu nieudanego związku… a nie jestem w stanie nic zrobić aby coś ruszyło się do przodu… ale nie mam zamiaru spowiadać się z problemów sercowych.

Chcę pracować nad swoją tarczą!

Bo to czy czuję postęp może być rzeczą, która uratuje mi życie kiedy kolejny raz wyleje szambo. Nawet jeżeli teraz wygram z ZUS, plotki o dobrym gdańskim orzecznictwie okażą się prawdą, zwiążę się z tym jednym najsłodszym i najprzystojniejszym mężczyzną na świecie to… Koło Fortuny i tak pewnego dnia się odwróci. I wtedy ma mnie bronić Kotołak.

Rozumiecie już dlaczego jest to dla mnie aż tak ważne?

Teraz skupiam się na budce wokalnej i… trzeba będzie ćwiczyć samodzielnie to co mi jest potrzebne. Bez opieki jest prawdopodobieństwo zrobienia sobie kuku. Ale cóż… stawka jest warta swojej ceny. Muszę jak najszybciej wrócić do studia.